Nowe spojrzenie na Białoruś

Felieton o Białorusi.

Na Zachodzie przejmują się bardziej Białorusią, niż przejmują się nią sami Białorusini – twierdzi z ironią mój znajomy z Ukrainy. Każdy musi sam ogarnąć swój bajzel – dodaje. Polacy za to uważają, że Białorusinom trzeba pomóc, że to wręcz dziejowa misja, a wtórują nam media. To chwalebne, ale czy nie potrzeba nam dziś szerszego spojrzenia na Białoruś?

Relacjonują nam z Mińska

Żyjący w XVIII wieku niedaleko Rohatyna, ks. Benedykt Chmielowski pisał w swojej encyklopedii „Nowe Ateny”: Jaki jest koń każdy widzi, ale zapomniał przy tym dodać, że nie każdy już wie czym go nakarmić. W podobny sposób można by opisać dzisiejszą Białoruś. Widzimy od lat jaka jest, ale dalej nie wiemy czego ona potrzebuje poza osławioną demokracją, praworządnością oraz przestrzeganiem praw człowieka. Tak przynajmniej mówią zgodnie politycy i komentatorzy.

Nie jest tajemnicą, że za powszechny obraz Białorusi odpowiadają u nas media. Kłopot w tym, że od kilkunastu lat koncentrują one swoją uwagę na 66-letnim Aleksandrze Ryhorawiczu Łukaszence. Dziennikarze, którzy poświęcają mu każdy artykuł, zdają się już być tylko o krok od szaleństwa na punkcie białoruskiego prezydenta. Przypomina to wszystko konkurowanie w zawodach na najciekawszy opis tamtejszego reżimu. Jakby w nadziei, że pod naporem krytycznych komentarzy Łukaszenka miałby oddać dobrowolnie władzę.

Fascynacji jego osobą nie podzielają czytający wciąż o tym samym czytelnicy, dla których od zawsze ważniejsze było nie to co mówi, ale to jak wygląda i w jakich skandalach uczestniczy białoruski przywódca. Łukaszenka to oczywiście kluczowa postać za Bugiem, ale czy na dziesięciomilionowej Białorusi nie ma nikogo innego o kim warto byłoby napisać coś nowego? Zwykłym Białorusinom żyjącym w cieniu prezydenta poświęca się wciąż za mało uwagi.

Śledząc relacje z białoruskich protestów odnoszę wrażenie, że Łukaszenka przestał być w pierwszej kolejności symbolem autorytarnych rządów. Nawet polscy dziennikarze zrobili z niego baćkę (ojczulka) i zaadaptowali określenie stosowane głównie przez jego zwolenników. Łukaszenka został wykreowany na kogoś w rodzaju politycznego celebryty, któremu w dobrym tonie jest po prostu przywalić i napisać kilka gorzkich słów z dziennikarskiego obowiązku. Coś w stylu Katona Starszego, który każde przemówienie w rzymskim senacie kończył stwierdzeniem Poza tym uważam, że Kartaginę należy zniszczyć.

Takie podejście do tematu nie niesie za sobą żadnych konkretnych korzyści, ale próba zaproponowania nowego spojrzenia wiąże się z ryzykiem i wymaga odwagi. Przecież może to nas narazić na branżowy ostracyzm, oskarżenia o bycie ruską onucą, a przecież żyć za coś trzeba. Polacy wiedzą kto od 26 lat rządzi Białorusią i jakie oblicze ma tamtejszy system, ale dziennikarze jak widać są odmiennego zdania. Walmy więc w Łukaszenkę, jego przynajmniej wszyscy znają, ledwo chwieje się na jednej nodze, dla uśmiechu gawiedzi nazwijmy go baćką, ale liczy się to, że nikt go nie będzie bronił. Najważniejsze żeby się sprzedawało, a najlepiej temu służy manichejski obraz Białorusi, który przy okazji odwraca uwagę od pozostałych spraw. Tylko jak będziemy pisać o Białorusi już po Łukaszence?

Nie dostrzegam sensu w opisywaniu Białorusi wyłącznie przez pryzmat Łukaszenki, tak jak w opisywaniu USA tylko przez pryzmat Trumpa. Chętniej posłuchałbym wywiadów z uczestnikami protestów czy poczytałbym o codziennych losach Białorusinów na prowincji.

Dla potencjalnego autora to by się jednak wiązało z wyjazdem poza Mińsk lub Grodno. Następnie z podróżą cuchnącymi marszrutkami, jazdą w pociągu z zatrzaśniętymi oknami, a na końcu piciem wódki z tubylcami gdzieś w Homlu – drugim największym mieście Białorusi, w którym przy okazji urodził się jeden z moich dziadów. Nie wszyscy mają na to ochotę. Przecież dobrze wiemy, że najwygodniej to nie brudzić sobie rąk tylko od razu przylecieć samolotem do Mińska. Spaść jak kosmita na ziemię do wygodnego hotelu i rzucić się w wir reporterskiej akcji z przerwą na pierogi i piwko Żyguljojskie, no a na końcu – rzecz jasna – walnąć rytualnie w Łukaszenkę (do czasu odebrania akredytacji).

Kubeł zimnej wody znad Niemna

Choć nasz wspólny medialny front z białoruską opozycją wydaje się być czymś naturalnym, to trudno nie zauważyć, że od kilkunastu lat przypomina on bardziej głos wołającego na puszczy i przydałoby mu się nowe spojrzenie. Wśród powtarzanych toczka w toczkę internetowych opinii, od zwolenników konia i szabelki po zwolenników Łukaszenki, większość jednak mówi jednogłośnie: Białoruś trzeba demokratyzować! To nasza dziejowa misja! Tylko kiedy przejdziemy do konkretnych działań i czy potrafimy zrobić coś więcej, poza nałożeniem sankcji w formie zakazu wjazdu na kilkudziesięciu białoruskich urzędników albo zwołaniem specjalnego posiedzenia Rady Europejskiej. Pierwszą naszą deklaracją zaraz po wybuchu protestów była gotowość do przyjęcia Białoruskich uchodźców oraz plan zapewnienia im ułatwień w dostępie do naszego rynku pracy. Dla niektórych ta ostatnia deklaracja zabrzmiała już nieco dwuznacznie.

Dwa i pół tygodnia po białoruskich wyborach zorganizowano ponadpartyjne spotkanie w sprawie Białorusi. Po trzech godzinach doszło w nim do ustalenia wspólnych „przełomowych” wniosków: Wszyscy generalnie zgadzają się, że takie spotkania powinny się odbywać i że powinniśmy jako różne formacje, ugrupowania polskie mówić mniej więcej jednym głosem w sprawie Białorusi. Wymieniliśmy się bardzo różnymi poglądami, ale miały one wspólny mianownik – Białoruś powinna być krajem wolnym, suwerennym.

Ciekawe jak zareagujemy gdy po Łukaszence lub opozycji przyjdzie po latach ktoś jeszcze bardziej radykalny. Sytuacja jest nadal nierozstrzygnięta, destabilizacja systemu to nadzieja na wolność dla części Białorusinów, ale także widmo organizacyjnego chaosu. Wypadałoby mieć plan awaryjny. Tymczasem jako kraj deklarujemy na razie 50 mln złotych wsparcia dla białoruskiej opozycji i ułatwienia wizowe dla Białorusinów. Unia Europejska zadeklarowała „aż” 3 mln euro. Przy okazji wyszło też na jaw, że dopiero od 28 sierpnia (!) przywrócono pracę polskich konsulatów na Białorusi do normalnego trybu i rozpoczęto wydawanie wiz Białorusinom w przyśpieszonym programie. O działaniach polskich fundacji i stowarzyszeń na razie nic nie słychać, choć do wniosków o dotację startują zawsze na czas. NSZZ „Solidarność” wysłała za to ciężarówkę pełną… konserw, która została następnie zatrzymana po białoruskiej stronie granicy. Można powiedzieć: kto by się tego spodziewał? Mówi się oczywiście o celowym działaniu. Oby nie tak samo celowym jak zatrzymanie polskich transportów w tamtym roku na Ukrainie. Wszystkie bumagi mają się zawsze zgadzać, bo na wschodzie nigdy się nie daje argumentów drugiej stronie.

W każdym razie białoruskie flagi z Pogonią sprzedawały się w sieci jak ciepłe bułeczki, a my zapaliliśmy kilka internetowych zniczy jakby miały przywrócić zdrowie walczącym na gołe pięści z OMON-em. Problem w tym, że nadal o przyszłości swojego kraju będą musieli decydować sami Białorusini. Tak jak – o ironio – zadecydowali w 1994 r. wybierając w jedynych wolnych wyborach Łukaszenkę. Naszym obowiązkiem jest wspierać Białorusinów, ale nikt inny za Białorusinów nie zbuduje im państwa, a na pewno nie zrobi tego za darmo.

Odszyfrować Białoruś

O Białorusi powinniśmy wiedzieć najwięcej, ale niechętnie jeździmy do sąsiadów, a wiedzę wolimy czerpać z mediów. To nasz paradoks, bo gdy dzwonię do znajomego z Białegostoku, z pytaniem czy był kiedyś na Białorusi, to słyszę w odpowiedzi: Maaarcin, przecież tam nic nie ma… Do Ruskich? Ty się puknij w czoło! Od razu przypomniałem sobie pewne spotkanie z mieszkańcem Przemyśla, który żyjąc w tym mieście od ponad 60 lat z satysfakcją stwierdził: Ja tam ani razu nie byłem na Ukrainie. Nigdy tam nie pojadę, bo tam tylko mafia i wory na zakonie! Mało wiemy o wschodnich krajach na własne życzenie.

Żeby poznać Białoruś trzeba zmienić perspektywę. Sięgnąć do osobistych historii uczestników protestów, zajrzeć na wspomnianą prowincję lub do cerkwi, odwiedzić zamki w Mirze i Nieświeżu, napić się lidzkiego kwasu, pojeździć mińskim metrem, odszukać na mapie „Trzy Siostry” albo dowiedzieć się czym jest taraszkiewica lub Miron. A przede wszystkim poznać białoruską kulturę. Dotrzeć do poezji Ryhora Baradulina czy Łarysy Hienijusz. Zapoznać się bliżej z białoruskim językiem słuchając rockowych piosenek zespołu :B:N: (Bez Nazwy – Бяз назвы), N.R.M. (Niepodległa Republika Marzeń – Незалежная Рэспубліка Мроя), bluesowych ballad Wiktora Szałkiewicza albo utworów rapera Vinsenta. Białorusini są tacy jak my, ich życie to nie tylko Łukaszenka, ale przede wszystkim rodzina i praca, zwykła codzienność.

Pewnego wieczoru słuchałem audycji w Radiu Nowy Świat, podczas której jeden z ekspertów wypowiadał się o Białorusinach z zachwytem: To bardzo porządny naród, bo proszę sobie wyobrazić, że jak oni protestują, to kolumna zatrzymuje się na czerwonym świetle! Oni nawet nie rzucają wtedy śmieci! Wybrzmiało to jak opis plemienia z amazońskiej dżungli. Chciałbym więc zapytać, a jak my się zachowujemy po kilkudziesięciu latach komunizmu? Przecież zachowanie Białorusinów to bardziej piętno systemu, w którym żyli, a nie cecha narodu, co oczywiście nie oznacza, że nie są oni porządnym narodem i nie śmiecą. Oryginalne spostrzeżenie gościa dopełniło pytanie redaktor prowadzącej: a czy na Ukrainie też panuje taki porządek?

Orientacja na wschód

Z żadnym sąsiadem poza Rosją nie utrzymujemy tak słabych relacji jak z Białorusią. Źródło tego zaczęło się w latach 90. W obraniu różnych politycznych dróg po upadku bloku wschodniego, w skrócie, my wybraliśmy kurs zachodni, a białoruskie władze zorientowały się na wschód. Wystarczy przypomnieć, że ostatnie wizyty prezydenckie na Białorusi odbyli w 1993 r. Lech Wałęsa i w 1996 r. Aleksander Kwaśniewski. Od tamtej pory z wizytą w Mińsku gościli wyłącznie polscy ministrowie spraw zagranicznych lub wicepremierzy. Łukaszenka pojawił się z oficjalną wizytą w Polsce tylko raz. Było to w rok po jego pierwszych wygranych wyborach w 1995 r. odwiedził wtedy Auschwitz. W 2019 r. Prezydent Andrzej Duda zaprosił Łukaszenkę na wspólne obchody wybuchu II wojny światowej, ale białoruski prezydent ostatecznie się nie pojawił. Być może dlatego, że na obchody nie został zaproszony Władimir Putin.

To, czego dziś Białorusini najbardziej potrzebują od nas to zwykłego ludzkiego zainteresowania. Nie tylko w czasie protestów. Żeby to się stało, potrzebne nam nowe spojrzenie na Białoruś. Szczególnie dla kolejnych pokoleń. W przeciwnym razie nasze kontakty i koncepcje pozostaną w stagnacji.