wino na ukrainie

Karpacki czaj – opowiastka

Krótka opowiastka

– Panie pułkowniku Holländer, Pan jest nowy w naszej wiosce, więc proszę to przyjąć, to od naszej rodziny. Wystarczą dwie łyżki i wrzątek, najlepiej zagotowany na ogniu.

Pułkownik pociągnął nosem jak tropiący pies, po czym chwycił woreczek z nieznaną zawartością i spojrzał zamyślony w okno. Może lepiej było zostać w Stanisławowie… zamyślił się. Trzeba było to zrobić, przynajmniej do czasu wyjaśnienia tej parszywej sprawy. Ale czy ktokolwiek uwierzyłby w moją niewinność? – powątpiewał w duchu. Mierzyć się na kłamstwa z konfabulantem to ryzykowna gra. Zresztą, niegodna rotmistrza. I to jakiego! Wiernego ojczyźnie, który zawsze z oddaniem pastuje swoje skórzane oficerki. Teraz żałuję, że dałem się w to wciągnąć, i to z taką łatwowiernością. Pieniądze nigdy nie są warte utraconego spokoju. Lepiej było siedzieć spokojnie, na dupie, w Sądowej Wiśni, dzierżyć posadę zastępcy kierownika w Państwowym Stadzie Ogierów i puszczać dym z drewnianej fajki. W czasie jak oddelegowali tam kierownika Filipowicza, wszystko spoczywało na mojej głowie. I tak było przez cały rok, aż do kadrowej wymiany. Z nowym kierownikiem Kułakowskim rozumieliśmy się bez słów, jak dwa łyse konie.

Pamiętam, jak pewnego razu, na coroczny przegląd ogierów, zawitał do naszej stajni gen. Rydz-Śmigły ze swoją świtą. Akrobacje konne naszego masztalerza Jezierskiego były niczym wobec hulanek w pałacyku Marsów. Jak myślicie, kogo z gości nie mogło tam zabraknąć? Rzecz jasna, pana burmistrza Paygerta. Było jego znanym zwyczajem, pod wpływem pękatej lampeczki koniaku, raczyć nas, w balowej sali, długimi opowieściami o służbie w pancernym pociągu Piłsudczyk. Nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Tym bardziej, kiedy straciłem środkowy palec pod ciosem bolszewickiej szabli. Krew się lała strumieniami, ale koniec końców udało się to zatamować. Zawsze jednak mogłem skończyć gorzej. Trafić na czarną armię, renegatów od Machny, albo na ciągnących za nimi po stepie maruderów, którzy ubrani w baranie czapki, dla nikogo nie mieli litości. Lata temu, gdy poznałem ich przywódcę w naszym obozie w Strzałkowie, dotarło do mnie, że miałem szczęście. Wystarczyło spojrzeć mu głęboko w oczy.

No, ale u nas, podczas zabawy, hulanek nie było końca. Każdy z osobna konsumował w dzikim szale i opróżniał szklane karafki. Nic więc dziwnego, że dostawca Baczewskiego znał nasz adres na pamięć, a czasem też, przywoził nowe trunki. Wojsko Polskie także lubiło pojeść, to prawda. Gdy myślę o pieczeni z dzika, to tylko palce oblizuję z tęsknoty za wspomnieniami wielkiej kuchni i oręża. Będzie mi brakować nawet ołowianych śrutów, które bezlitośnie tkwiły między zębami i niszczyły liche plomby. Teraz jest już za późno, jak to mawiają Rusini z wioski obok, majem szczo majem, czyli po naszemu, jakoś to będzie. Mam nadzieję, że grupa pościgowa ze Stanisławowa mnie nie dopadnie. Mój los byłby przesądzony. Ulewne deszcze trwające tutaj tygodniami, skutecznie zacierają ślady. Bo czy istnieje doskonalsze miejsce na ucieczkę, jak pachnące świerkiem Karpaty?

Deszcz przystał na chwilę, ostatnio zawsze działo się to o tej samej porze. I tak, trwało to już ponad trzy tygodnie. Korzystając z okazji, porucznik założył gruby filcowy płaszcz i wyszedł na zewnątrz. Przy szumiącym Prucie pojawił się niezapowiedziany gość. Był to masywnie zbudowany i niewysoki koń, o grubej szyi i gniadym umaszczeniu, a przez jego grzbiet ciągnęła się długa, ciemna i szeroka pręga. Obejrzawszy go dokładnie, porucznik nie miał żadnych wątpliwości. Choć całe życie ujeżdżał gidrany, to wiedział doskonale, że to klacz w typie wybitnie huculskim.

Z przykrytego gęstymi chmurami nieba znów zaczęło bezlitośnie ciąć. Porucznik wrócił na oszklony taras i szeroko otworzył okno. Na ramie czuć było zapach wczorajszej, białej farby. Tu i tam poniewierały się resztki okiennej zaprawy, której bladoróżowy kolor wesoło kontrastował z drewnianymi meblami. W porcelanowej popielnicy, przywiezionej z Brześcia, dopalała się śmierdząca, brunatna cygaretka. Zalał wrzątkiem karpacki czaj, który dostał rano od Hucuła z sąsiedniego hutoru… Werbiwskie. Pociągnął rozgrzewający łyk z glinianego kuchola. Smak mięty mieszał się ze słodyczą suszonej porzeczki i głogu, a liście pokrzywy i kwiaty rumianku plątały się niesfornie między zębami. Zapach był orzeźwiający, odmładzał, i uspokajał sponiewieraną nerwami duszę. Holländer uśmiechnął się, spojrzał w górę na przykryte mgłą połoniny jakby chciał je złapać ręką, zrobił z kołnierza stójkę i powiedział: jak dobrze, że się tu znalazłem, może tu zostanę?

wino na ukrainie
Jedna z wiosek gdzieś na Ukrainie

Karpacki czaj (Карпатский чай)

Napój znany od wieków w Karpatach Wschodnich. Jest napojem spożywanym na co dzień przez mieszkańców górskich regionów Ukrainy – Hucułów. Istnieje wiele wariantów karpackiego czaju, ale każdy cechuje subtelny smak i właściwości prozdrowotne. Podstawą karpackiego czaju stanowią suszone rośliny i owoce występujące naturalnie na karpackich łąkach i w karpackich lasach. Są to między innymi rumianek, mięta, melisa, pokrzywa, dziurawiec, koniczyna, lawenda, babka, jałowiec, a także liście i owoce: głogu, maliny, jeżyny, porzeczki, czarnej borówki. Karpackim czajem bywa nazywany Iwan-Czaj, czyli herbata z wierzbówki kiprzycy, o silnym aromacie i smaku, którą także warto spróbować na Ukrainie.

Karpacki czaj najlepiej smakuje w glinianym kubku. Dwie duże łyżki suszu należy zalać gorącą wodą i odczekać. Cały susz opadnie na dno, ale po zaparzeniu możemy wyciągnąć resztę dużą łyżką, co ułatwi picie herbaty.

por. Michał Karol Holländer – porucznik kawalerii Wojska Polskiego. Założyciel Związku Hodowców Koni Rasy Huculskiej. W celu ochrony koni rasy huculskiej przeprowadził na terenie Huculszczyzny ich rejestrację i klasyfikację.

inż. Kazimierz Kułakowski – kapitan Wojska Polskiego i lekarz weterynarii. Kierownik Państwowego Stada Ogierów w Sądowej Wiśni.

Skomentuj

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.